Ograniczenie własności gruntów prywatnych w celu sprawniejszego lokowania jeszcze większej liczby inwestycji do uprawiania sportów zimowych jest celem prac legislacyjnych potocznie nazywanych „Prawem śniegu”. Pomijając oczywiste zakusy w komunistycznym stylu, parcie na zimową eksploatację jak największej liczby gruntów jest jednoznaczne z dewastowaniem spokoju w dotychczasowym, zwyczajowym okresie regeneracji.
W Białce Tatrzańskiej wszystko gra i huczy, obojętne jaka jest pora roku. Hotel na hotelu, wyciągi, baseny, sklepy, budy z pamiątkami, parkingi oblepione reklamami na stelażach z dykty na każdym wolnym skrawku, tu koncercik, tam zawody, pokazy samochodów z nielegalnymi modyfikacjami układów wydechowych, wrzaski do megafonu niosące się na drugi koniec wsi. Chcecie zobaczyć dziki chaos urbanistyczny i akustyczny – jedźcie tam. Laboratorium otwarte jest całodobowo i całorocznie. To góralski ideał zarabiania: wyeksploatować grunty do skraju wytrzymałości, ciągnąć kasę z każdego centymetra, o każdej porze roku. Biznesmeni z innych wiosek patrzą i wzdychają z zazdrością: ach żeby tak było też u nas, w naszej wsi, w naszej gminie. Czasami marzenie się spełnia, a czasami nie.
Jakkolwiek dziwnie to brzmi, istnieją górale, którzy nie chcą zarobić jeszcze więcej. Chcą, żeby ich ziemia zimą leżała odłogiem, nie podoba im się przymus oddawania gruntów pod wyciąg, jeśli inwestor uzna, że „brakuje mu ciągłości trasy”. Ten dyktat inwestora nad lokalną społecznością nie odpowiada wielu, ale nie podobają się też inne aspekty. Na przykład to, że wyciągi przyciągają masową turystykę, ciągły ruch samochodów i autokarów przekładający się na stały hałas w dzień i po zmierzchu. Wyciągi bez muzyki walącej z głośników na pół stoku to rzadkość, dlatego ci górale, którzy od lat żyją ze sprzedawania ceprom spokoju, ich nie chcą. Tak jak quadów, crossów i wszystkiego, co odbiera ostatnie oazy względnej ciszy.
Niektórzy gospodarze o powodach sprzeciwu wobec wyciągów mówią w kategoriach rolniczych. Zwracają uwagę, że sztuczny śnieg jest znacznie gęstszy i cięższy od naturalnego, a proces jego topnienia trwa o kilka tygodni dłużej. Powoduje to hipoksję gleby, czyli gnicie i skrócenie okresu wegetacyjnego roślin wiosną. W praktyce oznacza to uśmiercenie niektórych gatunków traw, wyparcie ich przez chwasty i mchy oraz obniżenie jakości siana w pierwszym pokosie. Dla rolników, którym trawa potrzebna jest na wartościową paszę dla zwierząt gospodarskich, to różnica, która ma znaczenie. Poza tym tłumaczą mi, że ratraki ubijają grunt, niszcząc strukturę gleby, co później zmniejsza jej zdolność do retencji wody i sprzyja powstawaniu osuwisk i erozji spływowej podczas wiosennych ulew.
– Nie zgadzam się, żeby moja działka była włączona do wyciągu, bo później będzie zniszczona, pójdzie pani popatrzeć tam, gdzie wyciągi są, ino na koniec marca, to pani zobaczy, jakie są rozpadliny w gruncie – zachęcał mnie jeden z gospodarzy, z którymi rozmawiałam na ten temat na Gubałówce. Przyznaje, że jego sprzeciw miał konsekwencje: dostawał pogróżki od osób zainteresowanych inwestowaniem w wyciąg, ale mówi, że się nie przejął. Wyjaśnia, gdzie mogą sobie ci państwo swoje paszkwile włożyć.
Skoro sugestie, nalegania a nawet pogróżki nie skutkują, to lobby dążące do zamienienia każdego skrawka gruntu w cokolwiek, co przynosi pieniądze, ruszyło do parlamentu i teraz parlamentarzyści starają się sprawić, żeby tacy ludzie jak oporny gospodarz z Gubałówki nie mieli prawa sprzeciwu. Projekt nowelizacji Ustawy o gospodarce nieruchomościami, określany potocznie mianem nowego „Prawa śniegu”, to inicjatywa wniesiona przez grupę dwunastu senatorów pod przewodnictwem Zygmunta Frankiewicza, która zyskała mocne zaplecze w postaci samorządów gmin górskich oraz branży narciarskiej. Samorządy ją popierają, bo nawet jeśli mówią, że lubią ekologię, to jednak najczęściej z rzeczy zielonych najbardziej lubią pieniądze.
Pierwotne podejście do tematu przełamania barier prawnych, które od lat paraliżują rozwój polskich kurortów zimowych – albo, w innej perspektywie – ratują je od wyeksploatowania do szczętu – miało miejsce na przełomie 2005 i 2006 roku za sprawą posłów Ligi Polskich Rodzin, których agresywny projekt przymusowych służebności wywołał gwałtowne protesty na Podhalu i szybko wylądował w koszu. Kolejne podejście, podjęte w latach 2011–2013 przez rządzącą wówczas koalicję we współpracy ze środowiskiem branżowym, również zakończyło się fiaskiem pod naciskiem opinii publicznej obawiającej się wywłaszczeń. Dzisiejsza inicjatywa jest zatem sprytniejszą kontynuacją dwudziestoletnich zmagań inwestorów z tak zwanym efektem „jednej miedzy” – sytuacją, w której pojedynczy właściciel paska gruntu lub nieuregulowany stan prawny jednej działki potrafi skutecznie zablokować plany inwestorów.
W aktualnej próbie wprowadzenia zmian w prawie, zamiast nakładać bezpośredni, cywilny przymus na właścicieli ziemi, projekt z 2026 roku po prostu dopisuje koleje linowe, wyciągi i trasy narciarskie do oficjalnego katalogu celów publicznych w Ustawie o gospodarce nieruchomościami – tuż obok dróg, szkół czy linii wysokiego napięcia. Wydaje się to Państwu podobne do projektu ustawy o Strategicznych Obiektach Sportowych, która ma na celu uczynienie z hałaśliwej infrastruktury świętych krów, do których wszyscy mają się dostosować? Powinno się wydawać, ponieważ jest podobne. Jedno i drugie ma w sobie ten sam komunistyczny rdzeń: jeśli władze uznają, że coś jest potrzebne ogółowi społeczeństwa, to interes ogółu staje się ważniejszy od własności prywatnej. Jak to działa – wiemy, już to w bloku wschodnim przerabialiśmy.
Tym razem, aby uniknąć zarzutów o bezwzględne wywłaszczenia, projektodawcy wprowadzili następujące bezpieczniki: inwestor musi najpierw wykazać się polubownym zebraniem zgód od właścicieli co najmniej 75 procent powierzchni planowanego stoku, służebność jest ograniczona w czasie do maksymalnie 30 lat (króciuteńko!), a w przypadku całkowitej utraty wartości działki właściciel zyskuje ustawowe prawo do żądania jej pełnego wykupu po cenie rynkowej.
Ciekawe w całej sprawie jest to, że w obecnych warunkach klimatycznych stoki narciarskie i w ogóle ośrodki sportów zimowych stają się dość anachronicznym pomysłem na biznes. Niedawne, smutne perypetie zimowych igrzysk olimpijskich Mediolan-Cortina, dotyczące braku śniegu potrzebnego do rozegrania niektórych zawodów, powinny dawać do myślenia polskim parlamentarzystom, ale jakoś nie dają. Międzynarodowi eksperci i badacze klimatu wprost komentowali te wydarzenia, wskazując, że idea sportów zimowych zderzyła się na naszych oczach z fizycznymi granicami planety, a utrzymywanie zimowej infrastruktury w ocieplającym się klimacie to ekonomiczny i ekologiczny ślepy zaułek.
Nasi politycy skupiają się jednak na tym, że przecież śnieg można wyprodukować, pomijając, z jakimi kosztami się to wiąże i jak drastycznie drenuje to zasoby wodne. Wyprodukowanie jednego metra sześciennego sztucznego śniegu wymaga zużycia około 400 litrów wody pobieranej z potoków w okresie ich naturalnie najniższych stanów, co doprowadza do osuszania koryt rzecznych i degradacji fauny wodnej. Ponadto – o czym wspominali już protestujący rolnicy – ciężka, techniczna pokrywa śnieżna topnieje znacznie dłużej, demolując strukturę gleby i terminarz prac na wsi. Dochodzi do tego potężny ślad węglowy wynikający z pracy sprężarek, armatek śnieżnych i nośników energii naśnieżających stoki w dobie coraz cieplejszych, bezśnieżnych zim.
Bez myślenia w kategoriach ekologicznych, sprężarki i armatki śnieżne nie podobają się w kategoriach finansowych przedsiębiorcom prowadzącym pensjonaty kuszące turystów wypoczynkiem od miejskiego zgiełku. Wymagające niskich temperatur sztuczne naśnieżanie odbywa się głównie nocą, a praca wykonujących go maszyn generuje ciągły hałas na poziomie nawet powyżej 100 decybeli. Później na stoki wyjeżdżają ciężkie ratraki, których silniki i sygnały cofania hałasują do wczesnych godzin porannych. Całości obrazu dopełnia zanieczyszczenie światłem – wielkopowierzchniowe reflektory LED i halogeny niszczą nocny krajobraz oraz rozregulowują rytm dobowy ludzi i zwierząt, a towarzyszący sezonowi paraliż komunikacyjny, spalinowy smog oraz głośna oprawa muzyczna w strefach après-ski definitywnie odbierają lokalnym społecznościom prawo do cichej i wolnej od zanieczyszczeń przestrzeni życiowej.
Konsultacji społecznych w przedmiotowej sprawie nie będzie, bo przy poprzednich próbach wprowadzenia nowego prawa były i to się źle skończyło. Dać ludziom prawo sprzeciwu, to się sprzeciwiają – dlatego zainteresowani wyciągnęli należyte wnioski i skorzystali ze ścieżki, gdy przy wniosku grupy senatorów nie ma prawnego obowiązku przeprowadzania otwartych konsultacji. Czyli tak samo jak przy wyjmowaniu boisk z norm hałasu za pomocą nowelizacji Ustawy o sporcie. Skoro próby cichego przeforsowania przepisów ponad głowami lokalnych społeczności się udają, to trzeba z nich korzystać. Teraz jednak głównym ośrodkiem oporu stali się właściciele nieruchomości skupieni wokół Federacji Obrony Podhala oraz środowiska prawne wskazujące, że nadanie prywatnym biznesom narciarskim statusu „celu publicznego” tworzy niebezpieczny precedens zagrażający konstytucyjnemu prawu własności. Cóż, z innymi obiektami sportowymi to już się zdarzyło – dlaczego nie miałoby się zdarzyć także z obiektami do sportów zimowych?
Prawnicy reprezentujący mieszkańców oraz organizacje społeczne przygotowują już wnioski do Rzecznika Praw Obywatelskich i deklarują, że jeśli nowelizacja przejdzie całą ścieżkę parlamentarną, trafi w trybie natychmiastowym do zbadania przez Trybunał Konstytucyjny. Pamiętne rozmontowanie Trybunału, który do tej pory nie działa w pełni sprawnie, było właśnie po to, żeby dało się przekładać żądania wąskich grup ponad interes zwykłych obywateli. I powiedzcie teraz Państwo, że w Polsce „nie da się”. Da się wszystko, jak widać.
Pełny projekt ustawy znajduje się pod tym adresem: https://www.senat.gov.pl/download/gfx/senat/pl/senatdruki/14587/druk/784.pdf?r14587
Walczysz z hałasem?
Poznaj innych, którzy też walczą: halaswpolsce.pl






Prawo zawsze można zastosować zgodnie z własnym interesem. A gdzie interes publiczny? 🥲