Przejdź do treści
o nas

Biznes na stoku, hałas w domach

Ministerstwo Klimatu i Środowiska niespodziewanie zauważyło, że „Prawo śniegu” w obecnym kształcie stwarza ryzyko pogorszenia klimatu akustycznego w górskich miejscowościach. Resort jest przeciwny nowelizacji, podobnie jak Sąd Najwyższy – choć z innych powodów.

Projekt nowelizacji ustawy o gospodarce nieruchomościami (druk nr 784), potocznie zwany „Prawem śniegu”, który jest rozpatrywany w Senacie, w założeniach ma na celu ułatwienie budowy, utrzymania i eksploatacji obiektów sportowych przez podmioty niepubliczne. Dotyczy związanych ze sportami zimowymi kolei linowych, wyciągów narciarskich, tras zjazdowych i biegowych. Pretekstem do zmian stały się pojedyncze konflikty wokół stacji narciarskich (np. na Gubałówce czy Maciejowej), gdzie sprzeciw właścicieli kilku gruntów zablokował działalność komercyjnych biznesów.

Receptą rządzących ma być nowy cel publiczny (art. 6 pkt 9e u.g.n.) oraz kontrowersyjna instytucja „służebności publicznoprawnej”. Wójt, burmistrz lub prezydent miasta – na wniosek prywatnego inwestora i po uchwale rady gminy – będzie mógł wydać decyzję administracyjną zmuszającą właściciela do znoszenia ograniczeń na własnym terenie na okres nawet do 30 lat. Podkreślenia wymaga fakt, że mechanizm ten ma służyć wyłącznie prywatnym inwestorom nastawionym na zysk, którzy wchodzą w konflikt z indywidualnymi właścicielami gruntów. Podmioty publiczne nie potrzebują tych przepisów, ponieważ już teraz dysponują znacznie dalej idącymi uprawnieniami wywłaszczeniowymi.

Projekt ten wywołał lawinę krytyki i zmusił różne instytucje do zajęcia stanowiska, ponieważ uderza w fundamenty prawa własności i bezpieczeństwo prawne obywateli. Tym razem przyjrzeliśmy się, jak poszczególne organy oceniły te kontrowersyjne przepisy.

Ministerstwo Klimatu i Środowiska zauważyło hałas

Zupełnie niespodziewanie Ministerstwo Klimatu i Środowiska reprezentowane przez podsekretarza stanu Mikołaja Dorożałę dostrzegło i nazwało po imieniu zagrożenia akustyczne jakie niesie ze sobą ewentualne wprowadzenie projektu w życie. Niespodziewanie, ponieważ to jest to samo ministerstwo, które pomagało wyjąć z norm hałasu na życzenie Ministerstwa Sportu inne obiekty sportowe, generujące uciążliwe immisje hałasu impulsowego – a zatem jeszcze bardziej szkodliwego dla zdrowia niż hałasy szerokopasmowe i tonalne. W każdym razie obiekty do sportów zimowych MKiŚ uważa za generujące dramatyczny wzrost presji na środowisko akustyczne.

Eksploatacja infrastruktury to w opinii ministerstwa ciągłe źródła hałasu: stacje napędowe, układy linowe, głośne urządzenia do sztucznego naśnieżania, pompownie, sprężarki oraz pracujące nocami ratraki. Jak punktuje ministerstwo, hałas ten będzie miał charakter zarówno ciągły, jak i okresowy, prowadząc do trwałego pogorszenia klimatu akustycznego. Co gorsza, projekt całkowicie pomija kwestie oceny skali wzrostu hałasu oraz proporcji między zyskiem komercyjnym a niszczeniem prawa mieszkańców do spokojnego życia.

Ministerstwo bez ogródek wskazuje na to iż potencjalna nowelizacja otwiera niebezpieczną furtkę do lokowania prywatnych, komercyjnych inwestycji o wielkiej skali w bezpośrednim otoczeniu najcenniejszych zakątków kraju – parków narodowych, rezerwatów i obszarów o unikalnych walorach krajobrazowych i dopuszcza znaczącą ingerencję w przyrodę: zmianę morfologii stoków, bezpowrotne zniekształcanie rzeźby terenu oraz głęboką ingerencję w stosunki wodne. Masowe sztuczne naśnieżanie oraz osuszanie gruntu pod rurociągi i infrastrukturę techniczną prowadzą do likwidacji naturalnych zbiorników wodnych i obszarów wodno-błotnych w czasach, gdy ochrona wody powinna być absolutnym priorytetem.

Do tego dochodzi problem, o którym rzadziej mówi się w kontekście sportów zimowych – silne zanieczyszczenie światłem. Praca stacji narciarskich w godzinach popołudniowych i wieczornych, połączona z jaskrawym oświetleniem tras zjazdowych oraz kolei linowych, uderza wprost w lokalną faunę, burząc rytm życia ptaków i zwierząt nocnych. Resort celnie punktuje również ekonomiczny absurd całego przedsięwzięcia: forsowanie kosztownych środowiskowo inwestycji narciarskich w obliczu coraz krótszych, pozbawionych śniegu zim stawia pod znakiem zapytania ich trwałość, marnując gigantyczne zasoby naturalne dla kaprysu sezonowej turystyki, który w przeciągu kilku lat może stać się tylko wspomnieniem z przeszłości.

Sąd Najwyższy i sprzeczność z Konstytucją

W sukurs ochronie praworządności przyszedł także Sąd Najwyższy, który w swojej opinii zakwestionował konstytucyjność mechanizmu pozwalającego traktować prywatne, nastawione na czysty zysk inwestycje komercyjne na równi z budową szkół czy szpitali.

Sąd Najwyższy wprost wytyka też projektodawcom kuriozalne rozwiązania, takie jak administracyjne wygaszanie umów najmu, dzierżawy czy użyczenia (art. 126a ust. 8 projektu). Mówiąc najprościej: jeśli na działce, przez którą duży inwestor zechce poprowadzić stok narciarski lub wyciąg, ktoś legalnie prowadzi biznes – na przykład wypożyczalnię sprzętu, szkółkę narciarską, małą budkę z jedzeniem albo nawet schronisko na podstawie umowy dzierżawy od właściciela – to według nowych przepisów umowa ta może zostać po prostu „wymazana” jednym podpisem wójta czy burmistrza.

Zamiast tradycyjnej ścieżki cywilnej, gdzie spory o umowy rozstrzygają niezależne sądy powszechne, państwo daje urzędnikom narzędzie do arbitralnego zrywania wiążących strony umów. Sąd Najwyższy obnaża tu fundamentalny absurd procesowy: człowiek, który zainwestował własne oszczędności w mały biznes na danym terenie, nie jest uznawany za stronę w postępowaniu dotyczącym samej inwestycji (bo przepisy uwzględniają tylko właścicieli i użytkowników wieczystych), nie bierze udziału w obowiązkowych rokowaniach i dowiaduje się o zagrożeniu swojego dorobku dopiero wtedy, gdy rusza procedura wygaszania jego umowy.

Co więcej, Sąd punktuje brak jakiejkolwiek zasady proporcjonalności – urzędnik może zlikwidować całą umowę najmu, nawet jeśli inwestycja koliduje tylko z nikłym fragmentem dzierżawionego terenu. Do tego dochodzi chaos odszkodowawczy: z konstrukcji przepisów wynika, że rekompensaty i wynagrodzenia trafią do właścicieli gruntów, podczas gdy lokalny przedsiębiorca (dzierżawca) traci biznes, ale nie ma w projekcie jasnej podstawy do żądania odszkodowania np. za utracone korzyści.

Sąd krytykuje też wadliwe powiązanie przepisów o egzekucji administracyjnej z mechanizmem wygaszania umów oraz kuriozalny tryb kontroli. Ponieważ cała procedura ląduje w sądach administracyjnych (WSA), a te co do zasady badają jedynie formalną legalność dokumentów i – zgodnie z art. 106 § 3 p.p.s.a. – nie prowadzą normalnego, pełnego postępowania dowodowego, poszkodowani przedsiębiorcy zostają faktycznie pozbawieni skutecznej drogi do obrony swoich interesów przed niezależnym sądem. W efekcie projekt tworzy pułapkę prawną – narzędzie dające prywatnemu inwestorowi niemal nieograniczoną władzę nad cudzymi umowami gospodarczymi, kosztem lokalnych przedsiębiorców, których prawa zostają zepchnięte na całkowity margines.

Ministerstwo Sportu bez niespodzianek

Na tym tle Ministerstwo Sportu i Turystyki – reprezentowane przez sekretarza stanu Piotra Borysa – wypada dokładnie tak, jak przyzwyczaiło nas do tego przez lata: dla resortu liczy się wyłącznie czysty zysk branży, a ludzki koszt, zniszczony krajobraz i zdrowie mieszkańców nie mają żadnego znaczenia. Choć w obliczu miażdżących ocen innych instytucji resort oficjalnie bąka coś o potrzebie „doprecyzowania”, to w swojej opinii pozytywnie ocenia sam kierunek zmian, dając zielone światło na deptanie praw właścicielskich w imię turystycznego biznesu. Wiceminister Borys i jego urzędnicy bez mrugnięcia okiem powtarzają mantry o „rozwoju aktywności” i „lokalnym zysku” udając, że nie widzą dramatu ludzi pozbawianych własności, zdewastowanej przyrody i hałasu walącego mieszkańcom w okna.

„Prawo śniegu” w obecnym kształcie obnaża więc fundamentalny konflikt między partykularnym interesem gigantów branży komercyjnej a stabilnością porządku prawnego i prawami zwykłych obywateli. Ludzie komentujący projekt nie szukają eufemizmów. Mówią wprost: dziś wywłaszczymy tego czy tamtego gospodarza, bo potrzebujemy jego działki pod inwestycję na sporty zimowe, jutro wywłaszczymy dziesięciu innych, bo będziemy potrzebowali gruntów – powiedzmy pod wielkopowierzchniowe centra handlowe albo wielkie hotele, jako że to przecież rozwój miejsc pracy i zyski z podatków dla gminy, a wolnych gruntów w miejscowościach górskich na olbrzymie inwestycje pozostało już bardzo mało.

Zderzenie opinii poszczególnych resortów i instytucji pokazuje, że forsowane przepisy niosą za sobą zbyt poważne ryzyka – od naruszenia konstytucyjnych zasad własności i chaosu w umowach cywilnoprawnych, po realne zagrożenia dla środowiska i klimatu akustycznego górskich gmin. Zamiast zmieniać prawo pod dyktando doraźnych zysków, konieczna jest głęboka refleksja nad tym, czy rozwój infrastruktury rekreacyjnej może odbywać się kosztem praworządności i spokoju lokalnych społeczności.

Walczysz z hałasem?

Poznaj innych, którzy też walczą: halaswpolsce.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *